poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ryjówka Roku






Siedzą sobie redaktorzy naszych różnych lokalnych mediów przed komputerami i jątrzą. Ci, co sobie wybrali za cel lokalne władze, mają zadanie dość proste. Zawsze znajdzie się jakiś temat do rozwałki. A jak nie, to zawsze jest w odwodzie ulubieniec toruńskich artystów –Pan Manager. Ów niezwykle uzdolniony urzędnik, reżyser, animator i miłośnik słoni stał się „chłopcem do bicia” dla toruńskich dziennikarzy. Cokolwiek nie zrobi, to dupa blada, kicha i żenada. Tak się ta nasza dziennikarska elita do owych połajanek przyzwyczaiła, że nawet fakt samoodklejenia menadżerskiego tyłka od stołka, uznają za zły pomysł i przejaw megalomanii Pana Managera. Na brak tematów nie narzekają też ci od sportu, natomiast pozostali w zimie się nudzą. Jak sroga zima im rury nie wywali, śnieg dróg nie pokryje na całej przestrzeni, a o. Rydzyk nie wyskoczy z nowym businessem, to wpadają w lęki przed wiecznie zapowiadaną redukcją etatów. To i nic dziwnego, że aby upozorować swoją przydatność w tym zawodzie wymyślają ciągle jakieś nowe plebiscyty. Rzecz łatwa, prosta a i zarobić można na takim wyścigu próżniaków. Trochę im tej inicjatywy zazdroszczę, gdyż sam jestem lekko zahibernowany każdej zimy i cierpię z nadmiaru wolnego czasu oraz wszechogarniającego mnie lenistwa. I aby uniknąć zamiany mojego mózgu w budyń, postanowiłem także stworzyć własny plebiscyt. Trzeba główkę ćwiczyć. Pod ocenę poddam właśnie lokalnych dziennikarzy. Trochę wzorem przyznawanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich tytułu Hieny Roku. W tym roku przyznanej Wojewódzkiemu i Figurskiemu. Werdykt dość trafny, ale przyznałbym osobiście jeszcze tytuł Hieny Dekady lub innego zwierzątka bardziej charakterologicznie odpowiedniego np. Osła, pani Drzyzdze za konsekwentne promowanie debilizmu. Natomiast w kategorii twórców programu bezapelacyjnie laur się należy autorom Pamiętnika z Wakacji za odcinek o mięsnym jeżu. Jednak, aby nie powielać ogólnopolskiego rankingu, mój osobisty za patrona będzie miał inne zwierzątko. W tym celu ukradnę toruńskiemu humorzyście Pawłowi Jaworskiemu jego Ryjówkę. Ten sympatyczny czworonóg bardziej odzwierciedla moje intencje. A chodzi o to, z czego najbardziej ryłem, jak słuchałem lub czytałem lokalnego dziennikarza. Wprawdzie robię ten plebiscyt na ostatnią chwilę, trochę w pośpiechu i przez to nie jestem w stanie wielu ciekawych wypowiedzi sobie przypomnieć, ale szczęście mnie nie opuściło i taki bohater znalazł się sam podczas wczorajszego finału WOŚP w Toruniu. W TVN redaktor Mariusz Sidorkiewicz „zarył” mnie ostro podczas rozmowy z panią z toruńskiego oceanarium /podobno takie mamy/

W tle, w maleńkim akwarium pływa sobie umęczony brakiem przestrzeni 60 centymetrowy rekin, a Pan redaktor pieprzy, jakby sam wylazł przed chwilą ze szklanej gabloty.
Redaktor - ….aż strach takie stworzenie zaprosić do domu, czy to byłoby bezpieczne?
Pani – Wie Pan co? Przypuszczam, że to jest lekko przesadzone, że np. coś jest niebezpieczne ……ale jak ma dobre warunki, to nie powinno się nic złego stać.
Redaktor – Czyli o rekina trzeba po prostu dbać, trzeba je kochać jak każde zwierzę, które chcemy udomowić. Co je taka rybka?
Pani – przede wszystkim ryby, głowonogi  …….
Redaktor- Ręki nie wkładać do akwarium?
Pani – to nie jest problem np. wsadzić rękę i ją wyciągnąć………. chyba, że byłby bardzo wygłodniały….
Redaktor – No, w każdym bądź razie nie jest to karp na święta….
Komentarz chyba zbędny. Należy się Panu Redaktorowi Ryjówka Roku, chyba, że ktoś ma inne propozycje, to wtedy przyznamy także wryjówkę……




niedziela, 6 stycznia 2013

Korek Senatora





Jest w Polsce kilka osób, które wypowiadając słowa potrafią doprowadzić emocje Polaków do wrzenia. Nonszalancko chlapnięta myśl gdzieś na łamach gazety czy portalu nagle wywołuje w rodakach panikę, przypominającą tę wywołaną wśród mieszkańców New Jersey po nadaniu radiowego słuchowiska „Wojna światów” autorstwa Herberta Georga Wellesa. W 1938r audycja przygotowana przez innego z kolei Wellesa (tym razem Oscara), pod tym samym tytułem, wygoniła z domów mieszkańców tego małego stanu w USA na ulicę. Tłumnie wylegli z bronią w ręku w poszukiwaniu Marsjan celem wystrzelania obcych. W obronie ludzkości, rzecz jasna. Tym razem, trochę na mniejszą skalę w naszej kochanej ojczyźnie reakcję taką wywołały słowa Jurka Owsiaka wypowiedziane w jakimś wywiadzie: „Boję się zniedołężnienia. A najbardziej dysfunkcji, o których człowiek nie wie, jak demencja, alzheimer. Te choroby dotykają nie tylko seniora, ale wszystkie osoby, które żyją w jego otoczeniu, często wręcz degradują całe rodziny. W takich momentach pojawia się ostrożnie podejmowany u nas temat eutanazji. Ja bym się nie bał rozpocząć dyskusji na ten temat. Osobiście dopuszczam taki sposób pomocy, bo ja to tak rozumiem - eutanazja to dla mnie pomoc starszym w cierpieniach”. Cytat jak cytat, nic w nim rewolucyjnego. Osobisty pogląd człowieka, który potrafi wątpić, poszukiwać odpowiedzi i zastanawiać się nad sensem życia. U ludzi abstrakcyjnie myślących to rzecz normalna. Tymczasem te słowa wywołały istną burzę. Staruszkowie pochowali się po domach przed wolontariuszami WOŚP-u w obawie o własne życie. Nagle okazało się, że sprzęt medyczny, na jaki Orkiestra ma kwestować, to narzędzia zbrodni. Ssaki elektryczne i akumulatorowe mają służyć do wysysania duszy. Z kolei pompy infuzyjne i żywieniowe do powolnego podawania trucizny. To jest dopiero „Wojna Światów”. Wolontariusze kontra „młodzi inaczej”. Jeden z Senatorów PO – Jan Filip Libicki tak się nawet zapędził w tym wojowaniu, że w geście rejtanowskim rzucił te roboty w pierony. Nie będzie pomagał Orkiestrze i wycofuje swoje poparcie. I żeby decyzję tę uzasadnić intelektualnie, walnął moralitet na swoim blogu. A w nim czytam: „I właśnie dlatego, otwieranie tej dyskusji o wyjęciu korka z puszki Pandory jest najgłębiej niewłaściwe.” Pan Senator, były członek PIS a obecnie PO, z wykształcenia historyk wetknął w glinianą beczkę Pandory /potocznie nazywaną puszką - korek. Czy był to korek od wina czy zatykający otwór wlewny oleju do łba, tego nie wyjaśnił. W każdym bądź razie pomylił korek z wiekiem zamykającym beczkę. To nieistotne, najważniejsze jest to, że na dnie owej puszki spoczywała „nadzieja”. I taką mam, licząc na to, że Pan Senator wrzuci jednak chociaż dychę do puszki albo chociaż kupi sobie „Mitologię”.

niedziela, 30 grudnia 2012

Jak zostałem miss






O takim okresie, z jakim mam ostatnio do czynienia Boy pisał: „życie w człowieku zamiera, że w żyłach zamiast krwi sączy się z wolna jakaś lepka maź, mózg zamienia się w miękką ciastowatą masę, duszę zaś wypełnia obmierzła zgryźliwość”. Człek po tylekroć słyszy, że „po świętach”, ,,po Nowym Roku”, iż sam przyjmuję pozycję wyczekującego na miedzy zająca. Czekam na kolejny rok - 2013. A mijający kończę podsumowaniem. Wystawili mnie niczym klacz na aukcji w Janowcu Podlaskim. Filmowe wydarzenie roku, kulturalne wydarzenie, osobowość roku i tylko nie wiadomo, dlaczego nie startuję w plebiscycie na najlepszego sportowca. A myślę, że miałbym tam największe szanse, gdyż internauci bywają przekorni, o czym dowodzi chociażby wygrana Kim Jong Una na człowieka roku magazynu Time. Internauci wybrali go spontanicznie i dopiero cwane jury musiało zamienić zwycięzcę, na Baraca. Takie to bywają osądy anonimowych. Gorzej jest, gdy trzeba wydać na głosowanie 1.22 + VAT. Nawet rodzony syn oznajmił mi, że na starego zagłosuje jak mu doładuję telefon za 30 złociszy. To się chyba raczej nie opłaca i nie podreperujemy finansów lokalnych gazet. Całe szczęście, że plebiscytoróbcy nie urządzają swoich rankingów na wzór wyborów miss. Musiałbym wtedy wypowiadać się publicznie o mojej miłości do zwierząt, swoją przyszłość wiązać z ratowaniem afrykańskich dzieci i wielorybów oraz biegać w bikini po scenie. Chociaż chociaż w jednym z plebiscytów konkuruję z jakąś misską. Drugą wicemiss Polski. I na dodatek wygrywam z nią. Dziwne. Przecież mam krzywe nogi jak cholera i cycków mi brak, a wychodzi, że jestem co najmniej pierwszą wicemiss Polski. Z tych wszystkich plebiscytów, to jednak najważniejszy jest dla mnie ten życzeniowy.  To postanowienie noworoczne. Spośród licznych nałogów i wad, jakie mnie opętały w mijającym roku, musiałem wybrać losowo jedną pozycję i obiecać sobie, że w przyszłym to nie, nie ani razu. Pozbywam się diabła. Traf chciał, że wypadło na glutaminian sodu. Także w nowym 2013 roku chińskich zupek nie będę już jadł. Precz z nałogami i szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 6 grudnia 2012

Niby to nekrolog





Taki to sobie trochę smutny a trochę nie, prawie nekrolog. Smutny, bo człowiek odszedł, ale już mniej, bo miał 104 lata. Sławę, pieniądze i kobiety chyba też. Z jedną przeżył 76 lat, a gdy owdowiał, ożenił się po raz drugi w wieku 99 lat. Ciekawe życie miał ten Pan i osiągnął nieśmiertelność wchodząc na karty historii jako jeden z najwybitniejszych architektów świata. Oscar Nemeyer. Zaprojektował wiele znaczących budowli na całym niemalże świecie. I jako jeden z nielicznych w dziejach ludzkości miał wraz z Lucio Costą możliwość wybudowania stolicy państwa na klepisku, całe miasta od podstaw. Najbrzydszego miasta na świecie. Przedtem to tylko Speer z Hitlerem tego próbowali, ale im Armia Czerwona trochę bombek w plany trzepnęła i nic z tego nie wyszło. Nemeyerowi się udało, chociaż był komunistą, a oni raczej wolą burzyć niż budować. W 1960 r. nowa stolica Brazylii już stała. Absolwentom zreformowanych, wczesnokapitalistycznych uczelni polskich XXI wieku przypominam, że stolicą Brazylii nie jest Rio de Janeiro, lecz koszmarne bezduszne miasto Brasilia. Nie o nie jednak chodzi. Cały dzień zachodzę w głowę jak szanowny Pan Nieboszczyk mógł zaprojektować ponad 600 budowli. Faktem jest, że długo żył, z tego mógł być aktywny zawodowo jakieś 70. Co nam daje 25 500 dni. To jak sobie odejmę urlopy, święta, dni chorobowe, kataklizmy i deratyzacje, podzielę to przez ilość zrealizowanych projektów /były też takie, co pozostały na papierze/, wychodzi mi jeden na miesiąc. Ulubionym jego materiałem budowlanym był beton - to jak co miesiąc oddawali jedno gmaszysko, to przecież nie zdążył zastygnąć. No jakoś nie chce mi się wierzyć: przecież u nas most budują i budują, różne hale i sale latami stawiają, a w dalekiej Brazylii myk i co 30 dni setki tysięcy ton betonu przybiera realny kształt.
Panie Oskarze Nemeyer wielki szacun i odpocznij sobie teraz.

niedziela, 2 grudnia 2012

Wysyp talentów



fot.M.Kujawa


Przed laty z nieznanych mi do długo powodów otrzymałem z rąk prezydencko - tofifestowych statuetkę Flisaka. Zdziwiło mnie to wtedy, bo przyznano mi ją za rzekome integrowanie środowiska filmowego w Toruniu. Rzecz to niebywała, bo takowego w naszym mieście nie ma. To jak mogłem łączyć i inspirować coś, co nie istnieje? I tak to się dziwiłem prawie dwa lata, aż tu nagle po premierze „Panoptikonu” okazało się, że mój ździw był jałowy. Ono istnieje tylko się nie ujawniało. Gdzieś tam w formie zarodnikowej przesiadywało przy knajpianych stolikach nad kufelkiem piwa. Aż tu nagle po 23 listopada zaczęło kiełkować. Wypełzło spod ziemi towarzystwo znawców X muzy. Sami specjaliści od dźwięku, eksperci od scenariuszy i montażu, światła, prowadzenia kamery oraz gry aktorskiej. Szał filmowy ogarnął miasto. A najaktywniejsi okazują się poeci. A poeta to wiadomo taki gość, co to nie wiadomo, do czego służy. Poczyta na wieczorkach poetyckich swoim sześciu kolegom, też poetom kilka swoich wierszy. Powzdycha, pojęczy, pokwiczy i wyłazi na miasto w poszukiwaniu kolejnego słuchacza. Pech chciał, że trafił na mnie. Nie do końca jeszcze wyrwany z ramion dziewięciu muz pcha się w ramiona dziesiątej i stanowczym głosem oznajmia mi – „Cóż kolego, ja Ci powiem, jaki film musisz zrobić! Taki bardziej psychodeliczny. Bo ten Twój jest do dupy, ale nie martw się, ja wiem jak zrobić następny. Ja Ci pomogę”. Po czym nie znalazłszy w mojej ospałej reakcji entuzjazmu, odszedł obrażony. Jego miejsce natychmiast zajął inny poeta i on także wiedział. Potem był aktor, muzyk, dziennikarz i jeszcze wielu innych. Dowiedziałem się, jakie kolory powinienem zastosować, jakich aktorów zatrudnić, jaką muzykę dać, jak kamerę prowadzić i tak w koło Macieju. Trochę ciężko mi to zapamiętać i połączyć w całość tym bardziej, że każda kolejna rada wypowiadana przez „życzliwego” zaprzecza poprzednim. I tak oto film obywatelski powoli zamienia się w słuchowisko – koncert życzeń ukrytych i niespełnionych talentów filmowych. Tydzień słuchałem i wystarczy. Czas zabrać się za kolejny film, a tych wszystkich mądrali pozostawić samym sobie tam gdzie byli.