piątek, 23 maja 2014

Przed ciszą wyborczą



Za komuny, ach, to było życie. Człowiek wiedział, że komuch jest zły, czerwona hołota kłamie, a wojnę wygrali Czterej Pancerni. Wiedział też, kto wygra wybory. A teraz to nic nie wiadomo. Ja to nawet nie wiem, jakie mam poglądy. Oglądam spoty, czytam, wsłuchuję się w to, co mówią w TV. I nic, nadal nie wiem, który jest mój. Dowiedziałem się tylko, jakie poglądy ma Monika Olejnik, Tomasz Lis i inni dziennikarze. Ale oni nie kandydują. Nie pamiętam też, na kogo głosowałem 5 lat temu i co mi On wtedy obiecywał. Czy to spełnił czy nie – nie mam pojęcia. To może był on, twarz taka znajoma, tylko nie pamiętam, z jakiej partii.



To było jednak dawno, a w moim wieku to nawet wygodnie bywa nie pamiętać. Co jednak z moimi poglądami? One powinny się już wykrystalizować. Ba, powinny być twarde jak beton, jak stal, jak pośladki panczenisty. A tu galareta. I niebezpiecznie się robi, bo człowiek bez poglądów jest nikim. Na szczęście z pomocą przyszły mi, nieświadome tego dwie Panie z UMK i jeden martwy filozof Schopenhauer. Dla poznania „istoty rzeczy” dałem się Paniom przebadać.


Za pierwszym razem wyszło, że jestem faszystą. Nie uwierzyłem, zrobiłem drugi raz i teraz stałem się komunistą. Trzeci raz sobie odpuściłem, bo wyszłoby jeszcze, że jestem z PSL-u. Dzwonię do kolegi lewaka – mówi, że jestem prawicowcem. Dzwonię do kolegi, co był ministrantem – mówi, że jestem czerwony. No to już mi tylko wróżbita Maciej z TV został, niech stawia tarota. Niestety zajęty. I wtedy myśl mnie jasna naszła. Wiem. Pierwszy test robiłem jak była ulewa, drugi jak słonko prażyło, to jak nic wychodzi ,że jestem meteopatą. I tyle. Będę głosował jak pogoda mi na to pozwoli.

środa, 14 maja 2014

Snują się okularnicy



„ Ja nigdy nie jestem zaskoczony tym, co robią źli ludzie i jestem świadom, że mogą się zdarzać różne działania z ich strony . Tego doświadczyłem przy budowie mostu, tego doświadczam w wielu innych sytuacjach. Ta procedura jest również taką” to słowa Naszego Pana Prezydenta, tego Naszego - toruńskiego, wypowiedziane chwilę po tym jak grupa mieszkańców bąknęła coś w prasie o Impeachmencie. Im się nie udało zorganizowanie referendum  ale licho nie śpi. Znaleźli się inni źli ludzie. Ja też przystąpiłem do nich, bo franca ze mnie niebywała. A oto Oni.



 Stoją od lewej : 
 nie wiem, 
 nie wiem, 
 nie wiem,
 nie wiem, 
Jacek Bloch,
 nie wiem,
 nie wiem,
 Piotr Wielgus,
 zapomniałem, 
 żona tego pierwszego co go znam i co mojej żonie kredki w szkole pożyczała, 
 nie wiem,
 Łukasz Wróbel,
 nie wiem, 
 żona tego drugiego co go znam 
 i mała czarna.
Stają w garniturach,sweterkach,trampkach i gadają.I tak patrze sobie na nich i zastanawiam się co ich łączy.
Po pierwsze -okulary. Prawie wszyscy mają okulary. 

  
Jedni noszą tak -
albo tak -


nawet przyglądacze je noszą./ ten mały jest jeszcze za mały aby być złym człowiekiem/
tylko Wielgus tłumaczy żurnalistce dlaczego nie nosi.

Ja też mam okulary!
A co ich jeszcze łączy? To innym razem i nie ja będę tłumaczył .Może tu.http://czasmieszkancow.pl/

środa, 18 grudnia 2013

I po snach




Trzeci i ostatni sen Brunona Schulza zakończony. 1/3 część filmu już jest. Pojechaliśmy pod czaszką Bruna ostro, zmysłowo i z dużą dawką perwersji. Obawiałem się, że to będzie najtrudniejszy do zrealizowania obraz. Właśnie te sny sadystyczno-masochistyczne, bo przecież to świat obcy ludziom, z którymi współpracuję. Przykładni mężowie, grzeczne narzeczone, nieskalane matki i ojcowie. A między nimi ja w roli świra wyrzucony poza nawias zdrowego społeczeństwa jak Schulz na drohobyckiej prowincji. Rzeczywistość okazała się jednak z goła inna. Diabeł pokazał rogi. Operatorzy z wielkim zapałem filmowali, aktorzy grali jakby te role przypisane im były od zawsze. Z wielkim oddaniem i prawdą. Cycki furgały, baty świstały, jęki, krzyki, wrzaski. Sodoma i Gomora.
A teraz czas na fabularną część filmu. Historię okrutną i zgniłą z otchłani Holokaustu. Tam głód, brud i śmierć.
Czas wybrać plenery, terminy i co najtrudniejsze - aktorów. W tym jego, tego najważniejszego dla filmu - Bruno Schulza. Przecież w dużej mierze właśnie od tego, kto zagra tę rolę będzie zależeć całokształt. Ależ się teraz namęczę oglądając polskie filmy i seriale w poszukiwaniu mojego bohatera. Na szczęście, choć dzieci mam już wybrane. Dwóch świetnych chłopaków, którzy przysłali mi nawet w celach korupcyjnych świąteczną kartkę.



 Przy okazji uczenia dzieci, do czego służy znaczek pocztowy, ich mama pięknie lobbuje. Przyznam, że tym przekupstwem sprawili  mi wielką radość, gdyż uwielbiam dostawać kartki. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo nigdy ich nie dostaję. Wszyscy wolą sms-y. Poza tym kocham być korumpowany.
Po co ja zresztą to wszystko, co dotyczy filmu opisuję? Przypadkowo cały sens powstawania mojego filmu zawarty jest w tym spocie reklamowym Festiwalu z dalekiej Australii. Ot i cała prawda. 


niedziela, 17 listopada 2013

Imieninowa czkawka





Przecudne imieniny miałem w tym roku. Dostałem „Delicje”, buziaka, a naród zadbał o program rozrywkowy. Były gonitwy za łysym, walki na pałki, defilady ciężko zbrojnej policji i fireshow. I to wszystko ku mojej i Najjaśniejszej Rzeczpospolitej czci. Wzruszyłem się bardzo od nadmiaru emocji i jak żyw stanął mi przed oczami obraz sprzed lat bodajże 45. Bo tak się jakoś dziwnie trafiło, że takie imieniny już miałem.
Gdy miałem 5, może 6 lat, babcia Jadzia urządziła mi przebierane przyjęcie imieninowe. Przybyła licznie dziatwa zaprzyjaźniona: kilku łysych (wszawica panowała), Zorro w masce (kominiarek jeszcze nie było), czerwoni czyli Winnetou i jego squaw oraz jeden z czterech pancernych  i ja w swoim ulubionym kostiumie milicjanta. Był tort, serpentyny, zimne ognie i nawet tęcza z krepy. A że towarzystwo było dobrze wychowane, to i pozwolono mi przy moim święcie wygrać wszystkie zabawy.
Łysych pogoniłem pałką, Zorra zinwigilowałem poprzez zdarcie maski, a czerwonych… no cóż, sami się  zajęli. Od sztucznych ogni najpierw zapaliły się pióra Winnetou, a potem ogień przeniósł się na tęczę. Spłonęła w mig. Babcia wprawdzie rzuciła się od razu do gaszenia pożaru oranżadą, ale było już za późno. Tęcza spłonęła. No trudno, zawsze można odbudować. Problem tkwi jednak gdzie indziej, a pytanie nasuwa się samo – Czy babcia Jadzia była pedałem, a Winnetou wyrósł na nacjonalistę? Tego nie wiem i chyba nie jestem w stanie się dowiedzieć. Pani Julita Wójcik, autorka warszawskiej tęczy milczała o tym co miała na myśli tworząc to dzieło, potem oznajmiła –„ Moja "Tęcza" miała być przede wszystkim dziełem sztuki w przestrzeni publicznej. Otwartym na różne interpretacje odbiorców, mieszkańców Warszawy, przyjezdnych, wszystkich.”No i klops, nic mi to nie wyjaśniło.Podpalaczy nie ujęto, a jeden z kolesi od zadymy przyznał się, że pomylił 11 listopada z rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Europoseł Kurski z jakiejś kanapowej partyjki domaga się budowania wyłącznie biało-czerwonych tęcz podważając tym samym dokonania Sir Issaca NEWTONA  i wykazując się nieznajomością tego prostego wzoru:
 

Pomieszanie z poplątaniem, zamęt narodowy, zamęt w mojej głowie i tylko artystka Wójcik zaciera ręce gdzieś w zaciszu artystycznej pracowni. Została wielką artystką, do historii sztuki wejdzie, jak miała dzieło ubezpieczone to i kasiorka będzie, a jak nie, to zawsze można uruchomić masową produkcję tęcz gadgetów. I to do wszystkich krajów świata. (Biało-czerwona może być sprzedawana też w Indonezji, a to 240 mln ludzi. A w czerwone kropki w Japonii). Jedynie problem będzie miała taki, że jak będzie teraz chciała jakąś instalację zrobić, to obowiązkowo obok będzie musiał wóz strażacki stać. Też biało – czerwony.




czwartek, 10 października 2013

Cyckowa rewolucja





Takiego zainteresowania tym blogiem jeszcze nie było. Rekordowe odsłony ostatniego postu zmusiły mnie do trzeszczących przemyśleń. Wprawdzie długo nie musiałem poszukiwać przyczyn tego zainteresowania, ale dla zaspokojenia własnej, jakże kochanej próżności przez maleńką chwilę upajałem się myślą, iż to mój tekst był tegoż zamieszania przyczyną. Ujrzałem już siebie w panteonie wieszczów. Zacząłem szukać tanich biletów do Nowego Jorku i Sztokholmu, aby niebawem udać się tam po nagrodę Pulitzera oraz Nobla. Nie, nie tanich, w bussiness class. A tu telefon, dzwoni kolega. Po głosie czuję, że ślinianki produkcję mu zwiększyły,, a zadyszka sugerowała że ... za dużo papierosów pali.
- Cześć, ale CYCKI dałeś na blogu!!
No i w jednej chwili, mój oniryczny nastrój walnął w mur z taką prędkością, że poduszki nie zdążyły się otworzyć. Nagrody odpłynęły, przynajmniej te przyznawane za dokonania literackie, bo za cycki to mogę jeszcze dostać. Wprawdzie nie tak prestiżowe jak tamte, ale na Flisaka od Prezydenta Torunia, mogę liczyć. To nagroda przyznawana podczas Festiwalu filmowego Tofifest, który niebawem się odbędzie. Kilka lat temu jednego już dostałem, stoi teraz samotnie na półce i się nudzi. Przydałby mu się kompan. Powinni mi przyznać Flisaka za – „Pionierskie wprowadzenie do regionalnego kina gruczołów mlecznych”. Jako pierwszy kujawsko-pomorski filmowiec ukażę bowiem niebawem rodzime piersi kobiece na dużym ekranie. Fakt, że będę prekursorem wydaje się dziwny, zważywszy na powszechność występowania biustów w produkcjach światowych już od wielu lat. Tak jednak jest i wygląda na to, że będzie to regionalna rewolucja na miarę ukazania umalowanych ust w kinie irańskim albo coca –coli w filmach z Korei Północnej. Rewolta obyczajowa, za którą faceci mnie pokochają (o zgrozo!), feministki nazwą mnie szowinistyczną świnią (co mnie cieszy!), a moherowe babcie na ulicach będą mnie laskami okładać (nie mam jeszcze wyrobionego zdania w kwestii zbierania cięgów).
Czuję się przez to „prawie” jak Kopernik. „Prawie”- bo niczego nie wstrzymam, a tylko poruszę. Ludzką wyobraźnię i prowincjonalną moralność. Dokonam tego dwoma pięknymi, kształtnymi bimbałkami. Niby nic takiego, zwykła rzecz u ssaków. Ledwie pierwszy raz oczy otworzymy, a ukazują się nam matczyne piersi. I już wtedy stają się one dla nas najważniejsze, dają życie, przyjemność zaspokojenia głodu oraz pośrednio łączą nas z ojcem. Przez wspólne, intymne obcowanie z tym samym tworem ewolucji, tworzymy nierozerwalną wieź pokoleniową oraz rodzaj zdrowej, emocjonalnej rywalizacji. Jak u oseska Stanisława.


 Najpierw ojciec jego majstrował, a teraz syn, potem chyba znowu będzie ojciec. Nie wiem. Poczekamy, zobaczymy i z facebooka się dowiemy.

Piersi są na tyle ważne dla świata, że ludzie, a w szczególności kobiety są wstanie płacić kolosalne pieniądze i znosić ból tylko po to, aby im tam wcisnęli trochę tworzywa, którym uszczelnia się okna. Co zresztą daje dużo większe efekty termiczne, gdyż wywołuje u niektórych mężczyzn żar, a silikon używany w budowlance, co najwyżej podnosi temperaturę o kilka stopni.

Piersi bywają też sensem życia i sposobem na życie, szczególnie, gdy są jeszcze jędrne. Jak dla naszej toruńskiej Pauli. / Wystąpiła w Panoptikonie, ale ze względu na siarczysty mróz opatulone były cieplutkim waciakiem/. Wozi dziewczę te swoje piersi po całym świecie. Biega z nimi po łąkach, ruderach i pałacach, prężąc się przed obiektywami fotografów. La Dolce Vita. Przynajmniej do czasu, aż zwycięży grawitacja i trzeba będzie kupować leki na depresję.

To tyle na temat piersi, może jeszcze tylko to, że muszę iść teraz do mięsnego po piersi właśnie, ale męskie, kurczaka.